Półmaraton Sowiogórski

Powinnam napisać, że biegł mi nie wyszedł, jestem zawiedziona i wylać żale, albo zwalić wszystko na pogodę, złe samopoczucie i brak zorzy polarnej. Nic z tych rzeczy. Z biegu jestem zadowolona, było magicznie.
Fot. Półmaraton Sowiogórski


W zeszłym roku, Maciek już na mecie zapowiedział, że chciałby jeszcze raz pobiec „sowę”, więc posłusznie zgłosiliśmy się w tym roku, mimo radykalnej zmiany daty biegu i nieco mniejszej modyfikacji trasy i startu/mety.
W nagrodę na miejscu powitał nas śniegi i arktyczne zimno.

Zdawaliśmy sobie sprawę z temperatury w okolicach zera, zapowiedzi były jednoznaczne, mimo wszystko śnieg był dla nas zaskoczeniem. Od strażaka zabezpieczającego trasę usłyszeliśmy, że w sobotę „Sowiogórska Dycha” była rozgrywana w przyjemniej temperaturze 12-15 stopni, potem po południu zaczął padać deszcz, temperatura zaczęła spadać i do pierwszej w nocy padał już śnieg.
Jak przysłowiowa „baba” nie wiedziałam w co się ubrać w konsekwencji pojechaliśmy z całą torbą rzeczy: do wyboru do koloru.

Odebraliśmy pakiety, niżej śnieg zaczął topnieć ale wrażenie ciepła było zdradliwe.
Zmarznięta ekipa gotowa na sowie wyzwanie!

Ze względu na niską temperaturę zrobiliśmy sobie krótką rozgrzewkę i ruszyliśmy w trasę. W stosunku do zeszłego roku zmieniony był start i meta łącznie może z 2 km, reszta wiodła tą samą trasą ale to wcale nie znaczy, że taką samą. Wtedy był sierpień, słońce, upał i sucho – teraz początek maja, zimno, mokro i śnieg, potoki wody i błoto na trasie. Było nieporównywalnie.
Fot. Półmaraton Sowiogórski

Biegliśmy, szliśmy jak to w górskich biegach. Zimowa aura i zielone liście na drzewach malowały niesamowitą scenerię, było przepięknie! Do 11 km a nawet do szczytu Sowy jakoś szło, potem tradycyjnie odpuściłam zbieg, bo błotnista trasa i śliskie kamienie, to dla mnie za duże wyzwanie i było już tylko gorzej. Końcówkę starałam się pobiec szybciej ale nie wychodziło, zresztą trochę sił zachowałam bo myślałam, że jest 23 km a nie 22 km. Na mecie byłam w „ogonie” w klasyfikacji wiekowej o dwa miejsca dalej niż w zeszłym roku (K40 6), czas słaby, ale i tak jestem bardzo zadowolona z biegu.
Fot. Półmaraton Sowiogórski

Na mecie czekały medale i gorący posiłek, nie było wody, ale ciepły izotonik, który był świetnym pomysłem organizatorów. Wracam na traczy, kolejny raz muszę „obejść się smakiem” ślicznej statuetki sowy. Tym razem ja deklaruje, że muszę jeszcze z „Półmaratonem Sowiogórskim” wyrównać rachunki i powalczyć na trasie w przyszłym roku!

22K: 02:29:11 i 02:29:11