Marathon du Médoc

Trzeba biec 42,195 km, pić wino, jeść i bawić się, łatwo nie jest! A kiedy widzisz, że mija cię stado dmuchanych kaczek albo wątpliwej urody króliczek playboya w kabaretkach to jest już bardzo źle.

Nie ma listy najlepszych maratonów na świecie bez tego biegu i Le Marathon des Châteaux du Médoc rzeczywiście jest najlepszy na świecie!

Mając doświadczenia z przed dwóch lat, kiedy to pojechaliśmy z zamiarem pokonania po raz pierwszy królewskiego dystansu, tym razem realizowaliśmy dobrze przygotowany i sprawdzona plan. Wybraliśmy ten sam hotel z aneksem kuchennym, blisko odjazdu autokarów. Na miejscu czuliśmy się jak w domu, mimo upływu, czasu nic się nie zmieniło.

Pakiety, jak to tradycyjnie w maratonach bywa można odebrać tylko dzień wcześniej, do miasteczka biegowego pojechaliśmy autokarem podstawionym przez organizatorów. Bieg odbywa się w Pauillac, nieco ponad 1.30 godziny jazdy autobusem od Bordeaux. Pakiety odebraliśmy sprawnie, wiedzieliśmy co i gdzie. Numer startowy, koszulka, worek, pamiątkowa broszura, owsianka, parę reklamówek, reszta na mecie! Expo nie było wielkie, promowało się trochę maratonów i sportowych gadżetów.


Poszliśmy zobaczyć przygotowania startu/mety, zaplecza dla biegaczy. W oczekiwaniu na powrót do Bordeaux oglądaliśmy barwny tłum zmierzający po swoje pakiety.

Sobota, rano pobudka, odjazd autobusu 6.30, start 9.30. Jak na nas to rekordowo późno!
Na miejscu tłum już zaczynał gęstnieć. Autobusy zaparkowały w tym samym miejscu co dwa lata temu, poszliśmy do wyznaczonych stref dla biegaczy, na wejściu kontrola bezpieczeństwa.

W strefie oddaliśmy depozyt i ponad godzinę przed biegiem zajęliśmy strategiczne miejsca na początku.

Rozgrzewka? Jaka rozgrzewka, trochę poprzebieraliśmy nogami, porozglądaliśmy się i obejrzeliśmy występ grupy akrobatycznej.

Wystrzał i ruszyliśmy. Tłum wiwatował a pędzące jednorożce gubiły swoje poroża.
Dopiero przed 2 km pojawił się upragniony wodopój z winem. Obiecaliśmy sobie żadnego nie ominąć. Plan nie udało nam się zrealizować, jeden ominęliśmy, ale na swoje usprawiedliwienie mamy fakt, że stoły były ustawione z boku trasy i trzeba było do nich zbiec.


Biegliśmy od winnicy do winnicy, asfalt, szuter, kamyczki. Przystanek, łyk wina, cząstka pomarańczy, ciasteczko i w drogę. Biegliśmy na czele peletonu, między nami ścigali się przedstawiciele winnic i mało kto z nich zatrzymywał się na picie i jedzenie. Każde nasze podejście do stołów było przyjmowane gromkimi brawami i wiwatami. Jak zwykle na trasie tłumy, radosne i pozdrawiające kibiców, dzieciaki przybijające piątki, orkiestry, muzycy zagrzewający do biegu. Czyste szaleństwo.

Mieliśmy pecha do pogody, słońce grzało niemiłosiernie, cienia było jak na lekarstwo i tradycyjne 5 km do mety w pełnym słońcu szeroką asfaltową drogą wzdłuż zalewu – patelnia.


Nie zliczę owoców, przekąsek, ciasteczek, kanapek na trasie, były tez tradycyjnie piwo, sery, ostrygi (znów się nie odważyłam), wołowina, lokalne „babeczki”, prażona kukurydza i lody. To ekstremalny maraton z pełnym brzuchem, objedzony i opity musisz dobiec do mety by dostać medal, torbę, butelkę wina, kubeczek i… dalej pić i jeść na after party!

Po ponad 33 km rozdzieliliśmy się, byłam nieco zmęczona i chciałam już dobiec do mety. Maciek chciał trochę się przespacerować i poimprezować przed końcem. Entuzjastycznie witany skosztował ostryg przy nie jednej lampce wina i dał się pomalować uradowanym „babciom” z obsługi by na metę wbiec tyłem. Czekałam na niego na mecie i jak go zobaczyłam nie mogłam przestać się śmiać. „Babcie” zrobiły genialną robotę!

Teraz czekała nas „impreza w namiocie”, czyli piwo, wino lane do kubka otrzymanego na mecie, owoce: banany, winogrona, ciasteczka, kanapki z francuskimi specjałami, tańce i swawole. Nam dotrzymywała towarzystwa para z Polski (łącznie wystartowało 33 Polaków).


W tym roku po doświadczeniach z długim oczekiwaniem na odjazd autobusu o godzinie 23 dwa lata temu, przezornie zarezerwowaliśmy powrót wcześniej o godzinie 17. Czas na imprezie szybko minął i musieliśmy iść wykąpać się i przebrać po biegu i udać się do autobusu. Po drodze jeszcze finiszowali maratończycy, zabawa nadal trwała…


W Bordeaux spacerem około 2 km wzdłuż rzeki wróciliśmy do hotelu, mieliśmy czas naszykować się na jutrzejszą Balade à Margaux.