Trójka, szroty i inne

27 06 2011

To, że wróciliśmy z wakacji a na Niskich jest dłuższa przerwa nie znaczy, że nic się w minakowym ogródku nie dzieje.
Wczoraj zaliczyłam „trójkę”. Jeździłam Bąblem z pasami szelkowymi Schrotha, które w tygodniu zamontował Maciek. Rewelacja. Różnica między zwykłymi pasami bezwładnościowymi jest kolosalna. Nawet przeżyję już ich czerwony kolor (którego osobiście nie cierpię) tak dobrze mi się teraz jeździ.
Wracając do szkolenia to miniak był nie do pokonania przy kurtynach wodnych i lepiej trzymał się maty poślizgowej niż potwór, czterołap subaru. Zaliczył bezbłędnie prędkość najazdu 80 km! Za to dałam ciała na pół aaltonenie i zamiast ładnego pół obrotu auto robiło go ale z przesunięciem bocznym. Muszę pomyśleć co było przyczyną czy za duża prędkość czy za mocno dokręcona kierownica i oczywiście dalej ćwiczyć. Niestety moje marzenie o zrobieniu pełnego aaltonena się nie spełniło. Nawet nie miałam okazji spróbować. Wrrr! Trudno, będę czekać na koleją okazję, oby do zimy!
Po moim rajdowaniu zasłużony Bąbel został odstawiony na wymianę serducha i kilku innych części. Mam nadzieję, że po tej operacji będzie zdrowy :) i szybszy.

Komentarze : Brak komentarzy »
Kategorie : Bez kategorii

Home

17 06 2011


Już bez żadnych niespodzianek dotarliśmy do domu. Pogoda po nocnej ulewie w Plauen zrobiła się „drogowa” czyli nie za ciepło, nie za zimno, bez palącego Słońca, więc jechało nam się przyjemnie. Jeszcze kontrolnie pilnowaliśmy spalania ale utrzymywało się na normalnym poziomie. Po południu zajechaliśmy brudnym, wymęczonym ale na własnych kołach Amberkiem.
Ja zajęłam się rozpakowywaniem a Maciek nie mógł wytrzymać i rozkręcił dach. Po dwóch godzinach walki cały umorusany samarem ale i zadowolony oznajmił mi, że zreperował dach i „chodzi nawet lepiej niż poprzednio”. Wypadła jedna rolka, brakowało tez kilku śrubek.
Z wyprawy Amberkowi pozostał na pamiątkę krowi dzwonek jak na prawdziwego Szwajcara przystało, nosi go dumnie na lusterku (serce zostało wyjęte tak by nie dzwonił na wspaniałych polskich drogach). A my już czekamy na IMM 2012 i planujemy wyprawę dookoła Balatonu.
P.S.
Motocaina – podróż – zapowiedź

Komentarze : Brak komentarzy »
Kategorie : Bez kategorii

Plauen

16 06 2011

Prawie z łezką w oku pożegnaliśmy kemping. Z wrażenia nawet nie zrobiliśmy pamiątkowego zdjęcia miniaka przed tablicą informacyjną. Do przejechania mieliśmy 450 km do znajomego już kempingu niedaleko Plauen – Pirku.
Maciek jechał pierwszy odcinek. Tankowanie i bardzo szybko znów trzeba było się zaopatrzyć w benzynę. Nie mogłam tego kłaść na karb ostrej jazdy Maćka – on zawsze zdecydowanie szybciej jedzie ode mnie i więcej ciśnie miniacza. Szybkie obliczenia wykazały spalanie na poziomie 13 – 14 litrów na 100 km. Coś było nie w porządku. Zatankowaliśmy auto, nie było rady, ale na najbliższym parkingu stanęliśmy bo paliwa nadal ubywało w zastraszającym tempie. Maciek odpiął akumulator żeby zresetować komputer. Musieliśmy czekać około 15 minut w tym czasie zajrzał też pod maskę. Okazało się, że krzywka od podciśnienia pękła i auto brało „lewe” powietrze. Stąd też tak ogromne spalanie. Nie mieliśmy taśmy, żeby zakleić uszkodzenie ale wpadłam na pomysł żeby pójść do kierowców tirów które licznie stały na parkingu oni powinni mieć takie sprzęta. Już pierwszy zagadnięty kierowca poratował nas taśmą i dokładnie oklejona krzywka wylądowała na swoim miejscu. Kolejne kilometry upłynęły pod znakiem wgapiania się w skazówkę poziomu paliwa. Na szczęście diagnoza i leczenie okazało się trafne i wszystko wróciło do normy. Na obiad byliśmy już na kempingu. Woda w jeziorze była znacznie zimniejsza od bodeńskiej i zrezygnowaliśmy z kąpieli. Żeby tradycji stało się zadość zebrały się czarne chmury i zaczęło padać. Koniec końców o 19 poszliśmy spać kołysani do snu odgłosami ulewy.

Komentarze : Brak komentarzy »
Kategorie : Bez kategorii

Lindau am See

15 06 2011


W Churze do snu wtórował nam rwący potok. Rano dalej denerwowały mnie widoki gór, podjęliśmy więc decyzję, że nie jedziemy do Davos i St. Moritz tylko bezpośrednio nad Jezioro Bodeńskie. Chciałam odpocząć po wczorajszym, poopalać się a co najważniejsze do przejechania mieliśmy tylko 95 km. Zwinęliśmy namiot i w drogę. Wyjechaliśmy z Szwajcarii to był już definitywny koniec naszej wyprawy, przejechaliśmy przez fragmencik Austrii by trafić do Lindau w Niemczech. Jezioro Bodeńskie było urzekające. Na kempingu przed zameldowaniem poproszono nas, żebyśmy najpierw wybrali sobie miejsce a dopiero potem się zameldowali. Dla kamperów już nie było miejsca, dla namiotów jeszcze na szczęście trochę wolnej przestrzeni zostało ale przyjechaliśmy po 10 więc do wieczora i ona się wypełniła. Po rozbiciu namiotu poszliśmy do pobliskiego sklepu po drobne zakupy a potem na plażę, opalać się, pływać i leniuchować. Podczas gdy my oddawaliśmy się kąpielom w kamienistym jeziorze kruk zaatakował nasze precle zostawione na ręczniku. Cwaniak chciał ukraść całą paczkę, jednak ta okazała się za ciężka i tylko zaciągnął ją na trawę. Udało się nam go przepłoszyć i uratować paczkę :) . Schowaliśmy ją pod ręcznik, kruk próbował jeszcze dwa razy ją zwędzić ale nie mógł jej znaleźć, obchodził go kilkukrotnie dookoła w końcu zniechęcony odleciał.

Nie dawały mi spokoju rejsy statkiem więc wybraliśmy się 4 km pieszo do zabytkowej części wyspy skąd wypływały statki wycieczkowe. Na miejscu okazało się, że 10 minut spóźniliśmy się na dwugodzinny rejs został nam tylko jeden godzinny o 16.30. Poszliśmy zwiedzić miasteczko a o 16.10 karnie stawiliśmy się na przystani. Była jeszcze chwila grozy czy rejs się odbędzie bo musiało być co najmniej 15 chętnych ale na szczęście uzbierało się znacznie więcej amatorów morskich wycieczek. Popłynęliśmy więc w mój upragniony rejs…
Potem z powrotem na kemping, na plażę i do wody. Miniakowe wakacje dobiegały końca.

Komentarze : Brak komentarzy »
Kategorie : Bez kategorii

Chur

14 06 2011

Wieczorne obrady zaowocowały decyzją, że rezygnujemy z Chamonix i jedziemy bezpośrednio do Chur. Oboje nie byliśmy pewni trasy, tuneli i opłat tym bardziej, że to już Francja. Z gazetki z Coopa dowiedzieliśmy się, że po drodze na kemping jest wiele interesujących miejsc do obejrzenia: kopalnia soli, jaskinie itp. Nowa trasa liczyła około 300 km. Rano po śniadaniu wyruszyliśmy – najpierw granica i wjazd na teren Francji. Urzekły mnie klomby z kwitnącymi różami i wszędobylska lawenda. Znów jechaliśmy brzegiem Jeziora Genewskiego, kolejna granica tym razem powrót do Szwajcarii – przemknęłam z zawrotną prędkością ponad 50 km na godzinę tak że nawet strażnik nie zdążył wyjść z budki. Zobaczyłam go tylko we wstecznym lusterku jak stał zdziwiony na środku drogi – ja też się zdziwiłam, że to byłą granica. Po około 80 km mieliśmy pierwszy przystanek w Bex. Zatrzymaliśmy się zwiedzić kopalnie soli – the Salt Mines of Bex . Wejście mieliśmy wyznaczone na 10.30. Po prawie dwóch godzinach zwiedzania włączając w to jazdę podziemną kolejką, film i luzacką przewodniczkę, która puściła nas samopas po kopalni a potem się martwiła, że zaginęliśmy i zabije nas metan :) ruszyliśmy w dalszą drogę. I tu dopiero czekały nas niespodzianki. Niby zaczęło się niegroźnie znów na horyzoncie pojawiły się szczyty gór, powoli zbliżaliśmy się do jednego ramienia pętli proponowanej na IMM (najpiękniejszej trasy widokowej w Szwajcarii), które stanowiło fragment naszej trasy. Mijaliśmy stare, zabytkowe wioski. Pojawiły się stacje z platformami kolejowymi dla samochodów mające ułatwić przeprawę przez góry. My jednak nie chcieliśmy z nich korzystać, w końcu przyjechaliśmy tu oglądać widoki i przejechać miniakiem przez góry! Zgubiła nas nawigacja i na pętli zamiast pojechać na Furkapass pojechaliśmy na Grimsel. Naszym ochom i achom nie było końca – droga wiodła niczym serpentyna na wysokość ponad 3000 m.

Gdy otrzeźwieliśmy zatrzymaliśmy się koło martwego jeziora upewnić się czy dobrze jedziemy. Oczywiście właściciel restauracji powiedział, że jedziemy w złym kierunku. Biedny miniak musiał teraz zjechać w dól, bałam się o jego hamulce. Spisał się jednak dzielnie i patrzyłam tylko z przerażeniem na trasę, która nas czekała była niemal identyczna jak ta która właśnie pokonaliśmy. Nie było rady – to jedyna droga, zresztą otwierana tylko w sezonie letnim. Po drodze mijaliśmy wiele szlabanów skazujących jak często droga ta jest nieprzejezdna. Znów spinaliśmy się do góry po drodze minęliśmy jęzor lodowca, na platformie widokowej zaliczyliśmy małą sesję i dalej w drogę. Znów w dół serpentynami dojechaliśmy do miasteczka. Odetchnęłam z ulgą, że góry i serpentyny się już skończyły – o naiwna głupoto. W Andermacie znów zapytaliśmy o drogę i okazało się, że czeka nas jeszcze jedna wspinaczka i zjazd przez Oberalppass. Mieliśmy już dość gór i widoków. Już się nie zachwycaliśmy krętą drogą, pragnęłam tylko, żeby to się już jak najszybciej skończyło. Była totalnie zmęczona, a raczej wycieńczona. Kurcze, a droga na mapie wyglądała jak prosta kreska! W aucie czuć było spaliny, bałam się, że zaraz przestanie jechać. W końcu droga nieco się „wyprostowała” dotarliśmy do Chur. Była 18 godzina. Zameldowaliśmy się w biurze, a potem rozbiliśmy namiot w ustronnym miejscu. Z ledwością przygotowaliśmy posiłek. To było moje najgorsze 200 km w życiu. Tak zmęczona nigdy nie byłam jak bym przejechała 2000 km.

Komentarze : Brak komentarzy »
Kategorie : Bez kategorii

Pointe a la Bise

13 06 2011


Sporo aut pojechało już wczoraj, my dziś rano zwinęliśmy nasz namiot i wyjechaliśmy z IMMa na naszą „wielką szwajcarską trasę”. Na dzień dzisiejszy mieliśmy zaplanowaną trasę przez Bulle, Lozannę, Morges, Nyon do Genewy gdzie mieliśmy zarezerwowane miejsce na kempingu.

Ruszyliśmy w towarzystwie mżącego deszczu krętą drogą przez szczyt Junapass. Wjeżdżając w rejon Jeziora Genewskiego przywitało nas słońce i winnice na zboczach wzniesień. Mieliśmy zamiar stanąć w jednej z malowniczych miejscowości na zakupy w sklepie ale okazało się, że dzisiaj są Zieloneświątki i wszystko jest zamknięte. Dojechaliśmy do Genewy. Odwykłam już od ruchu i dużego miasta. Oboje z Maćkiem byliśmy bardzo podenerwowani ale udało nam się przejechać centrum i dotrzeć na obrzeża miasta gdzie był nasz kemping. Niewielki ale cudownie położony nad jeziorem w mojej skali oceny kempingów dostał maksymalną ilość punktów – 5. Blisko centrum ale na uboczu, w zacisznym miejscu z wspaniałym zapleczem sanitarnym, darmowymi bus pasami na wszystkie autobusy Genewy, plażą i gniazdem łabędzia z jajem jako ekstra dodatek. Do tego czaple, małe kaczuszki i nawet najwyższa cena – jaką do tej pory zapłaciliśmy za kemping 30 Fr nas nie zniechęciła. Wykorzystując bus passy pojechaliśmy zwiedzić Genewę. Spenetrowaliśmy całą starówkę, promenadę i plażę. W drodze powrotnej w oczekiwaniu na autobus kursujący co 30 min przez święto liczyliśmy przejeżdżające DB, Abarthy, Lamba i Ferrary bo Porsche jest tam tak popularne jak u nas Sej :)
Zmęczeni ale i zadowoleni po odświeżeniu się w „boskich” prysznicach wieczór spędziliśmy nad brzegiem Jeziora Genewskiego.

Komentarze : Brak komentarzy »
Kategorie : Bez kategorii

IMM 2013 i 2014

13 06 2011

Są już znani organizatorzy kolejnych IMMów:
- w 2013 roku – Włochy zorganizują go od 17 do 20 maja w Mugello valley. Już sprawdziliśmy z Maćkiem mamy do pokonania 1345 km.
- w 2014 roku znów zawitamy do Anglii, na co bardzo się cieszę. IMM będzie nietypowo w sierpniu – od 1 do 4 w Hrabstwie Kent.

Komentarze : Brak komentarzy »
Kategorie : Bez kategorii

Wszystkie dorgi prowadzą do Lenku

12 06 2011


Śniadanie podobne do tego w Niemczech – buła, ser i wędlina. Wybraliśmy się w góry tym bardziej, że pogoda znów dopisała. Upatrzoną trasą z wycieczki do Lenka zaczęliśmy się wspinać stromym zboczem, co jakiś czas musieliśmy pokonywać specjalne furtki zrobione w ogrodzeniach pastwisk. Zdobyliśmy wspaniały wodospad i postanowiliśmy sobie skrócić drogę na dół idąc przez środek łąki a tu niespodzianka usłyszeliśmy ostrą reprymendę od tubylca, że po trawie się nie chodzi. Skruszeni wróciliśmy na szlak i skrupulatnie się go trzymaliśmy choć czasami wyglądał jak ścieżką wydeptana przez krowy i takim sposobem wylądowaliśmy w Lenku.

Przy punkcie informacji turystycznej stały dwie krowy i przed wczoraj pasły się jeszcze normalnie, dziś już nie – widać minimaniacy już tu dotarli :)

Odwiedziliśmy lokalną piekarnię i zaopatrzeni w chrupiącą bagietkę wróciliśmy do obozu. Akurat w porę by pożegnać się ze Słoweńcami, którzy już wyjeżdżali. Ich wizyty na IMMie nie rozumiem przyjechali w sobotę wieczorem a po południu w niedziele już wyjeżdżali, cały czas siedzieli w hotelu i widziałam ich w obozie tylko dwa razy. Czas do wręczenia klucza dłużył mi się niemiłosiernie, Maciek zabijał czas przy reanimacji auta Piekarza. Poszliśmy na spacer w stronę Zweisimmen. I nadszedł ten przykry moment zakończenie IMM 2011. Wcześniej wręczano nagrody za zmagania olimpijskie, Show’n shine i Yokochama Skills Circuit, w której Humin zajął drugie miejsce! Gratulacje, zasłużona nagroda bo Andrzej razem z Sułtanem tworzą super wyścigowy team.

Przekazanie klucza odbyło się szybko i bez zbędnych ceregieli. Węgrzy podjechali miniakiem, wzięli klucz i odjechali do Balatonfured organizować IMM 2012 :)


IMM 2011 przeszedł do historii i muszę stwierdzić, że dla mnie był najlepiej zorganizowanym IMMem, na którym byłam (ten był czwartym). Lokalizacja przepiękna, kolejek nie było, niczego nie brakowało, nawet na pogodę nie można było narzekać. Warto było tu przyjechać!

Komentarze : Brak komentarzy »
Kategorie : Bez kategorii

Thuner i Brienzer See

11 06 2011

Rekord został pobity – wstałam o piątej czterdzieści i poszłam atakować prysznic. Woda na mycie głowy okazała się za zimna i razem z poznaną Angielką (we wspólnej niedoli) umyłam głowę w umywalni. Do namiotu wracałam już w deszczu. Zdecydowaliśmy się wybrać na polecaną na IMMie trasę widokową ale po rozmowie z organizatorami okazało się, że słynna pętla 100 km tak naprawdę liczy ponad 300 (bo trzeba jeszcze dojechać do tej pętli). Zdecydowaliśmy z Maćkiem zmodyfikować trasę i pojechać dookoła jezior Thuner i Brienzer (runda ponad 200 km). Na początku towarzyszył nam deszcz ale przy drugim jeziorze wypogodziło się i co najważniejsze przestało padać. Zaparkowaliśmy na parkingu za miasteczkiem tak by uniknąć płatnych parkingów i poszliśmy zwiedzać.
Spotkaliśmy też taki rodzynek… i nie mogłam się oprzeć i musiałam zaparkować obok.

Zmęczeni wróciliśmy na obiadek – łycha makaronu z zmienikami i szynką – nawet smaczne, do tego jabłkowy muus. Spotkaliśmy ekipę Grecką, która przyjechała w bardzo okrojonym składzie, pogawędziliśmy z Tomaszem ale gwiazdą wieczoru był Monster swoim pomarańczowym pociskiem. Trzeba przyznać,że auto wyszło mu zacne i wzbudza zasłużony podziw.
Po wizycie u „szczęśliwego” ojca poszliśmy na Party i prezentację klubów. Na początku koncert dała lokalna grupa grająca na krowich dzwonkach. Rewelacja, to był prawdziwy szwajcarski smaczek.

Z przykrością zauważyłam, że naszych na nim nie było podobnie jak na prezentacji klubów mimo, że kolejka do wręczania prezentów organizatorom była spora. Nasi zjawili się ze swoim wypasionym prezentem spóźnieni i lekko zakłócili program, wgramolili się całą bandą na scenę i dali pół felgi pomalowanej na biało czerwono. Wyglądało to żenująco. Po pierwsze nikt tak się nie napinał z prezentem – organizatorzy w większości dostawali koszulki (nawet jedną prosto z torsu!), słodycze albo lokalne przysmaki, po drugie na scenę wchodzili tylko przedstawiciele klubów a nie „całe kluby” i to spóźnienie! Żeby tradycji stało się zadość po całej akcji wszyscy zwinęli się imprezować w klubowym namiocie. Tym razem na tapecie była brama -niczym na wiejskim weselu, kto przejeżdżał obok namiotu musiał wypić kielonka. Oczywiście były też nieśmiertelne kabanosy i żubrówka z sokiem jabłkowym. Ech ta fantazja ułańska!

Komentarze : Brak komentarzy »
Kategorie : Bez kategorii

Lenk

10 06 2011

Pobudka o szóstej ale ze względu na balety do późnych godzin nocnych naszej ekipy z Polski (przyjechali po dziewiętnastej) pospaliśmy do siódmej trzydzieści. W nocy już nie mogłam słuchać narzekań Marzeny i opowieści jak to się zepsuł jej silnik w mini. Współczułam jej ale co za dużo to nie zdrowo. Zostawili auto 400 km od celu i zabrali się z resztą ekipy z Polski. Adam nie omieszkał nam wypomnieć, że jechaliśmy sami. Nie wiem ile razy mam mu powtarzać, że po doświadczeniach z Holandii nikt mnie już nie namówi na jazdę w grupie.


Dzień zapowiadał się przepiękny świeciło słońce ale było też przeraźliwie zimno. Bałam się o zaplecze IMMa – ale jak na razie kontenery prysznice, umywalnie i toalety sprawowały się świetnie. Było czysto, a przede wszystkim luźno i bez kolejek.
Po obowiązkowych zakupach części, tak jak się spodziewaliśmy był tylko Mini Sport oczywiście z ograniczonym asortymentem, poszliśmy na wycieczkę do Lenku. Szliśmy malowniczą ścieżką miedzy łąkami. Na miejscu pojechaliśmy kolejka na szczyt Leiterli – 1943 m. Rozciągała się z niego panorama na góry znacznie wyższe, bo mające ponad 2000 metrów. Jak to w górach pogoda się w mgnieniu oka popsuła i jak wróciliśmy do obozu zaczęło padać.

Spotkaliśmy Słoweńców – przyjechali w okrojonej ekipie i w większości nocowali w hotelu. Tomasz z Aną spali na IMMie ale tylko dlatego, że przyjechali kamperem – ze względu na dziecko. W nocy przyjechała Jagoda.

Komentarze : Brak komentarzy »
Kategorie : Bez kategorii

« wstecz




"Niech szlag trafi te wszystkie ohydne samochody-bańki"
Sir Alec Issigonis

Najnowsze wpisy

  • WLTA & WLR
  • Mini Magazine
  • Zielono mu
  • Frytki z keczupem
  • Rok Monte

Kalendarz

Czerwiec 2011
P W Ś C P S N
« maj   lip »
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
27282930  

Przyjaciele Mini Classic

Łowisko karpiowe Chwałowice
Clubman Estate
Motocaina
Wrocławska Liga Time Attack
PetrolHearts.pl

Panel logowania

  • Zarejestruj się
  • Zaloguj się
  • Kanał RSS z wpisami
  • Kanał RSS z komentarzami
  • WordPress.org

by Transposh - translation plugin for wordpress


www.miniclassic.pl by icemac 2010